Autorka wspomnień, Helena Naliwko zd. Basak, ur. w 1923 r. w Nadolcach (pow. Tomaszów Lubelski), do Związku Radzieckiego została zesłana 10 lutego 1940 roku wraz z całą 7-osobową rodziną: rodzicami i czterema siostrami. Jej rodzice, Franciszek i Franciszka Basak z d. Różańska, w 1929 r. sprzedali gospodarstwo w Nadolcach, przenieśli się na Wołyń i w Woronczynie (gmina Kisielin, pow. Horochów) kupili 14 ha ziemi z sadem i cegielnią. Poza prowadzeniem gospodarstwa, ojciec Heleny udzielał się społecznie w miejscowej Kasie Stefczyka i Związku Strzeleckim. Jego córki uczyły się w sześcioklasowej Szkole Powszechnej w Wronczynie. Po jej ukończeniu Helena wstąpiła do Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego w Horochowie i tam w 1939 r. ukończyła drugą klasę. W Wronczynie mieszkali do dnia deportacji (10 lutego 1940 r.) w głąb Związku Radzieckiego - do osady Jol w rejonie Solwyczegodsk obwodu archangielskiego. Po dwóch latach przewieziono ich do kołchozu Czułak-Kurgan, z którego przeniosły się do sowchozu Dżubały w rejonie Tiulkubas w Południowym Kazachstanie. Pani Helena pracowała przy wyrębie lasu, spławie drzewa, uprawie bawełny i w kuźni, była także furmanem i rachmistrzem. Do Polski rodzina powróciła w kwietniu 1946 roku. W Legnicy Pani Helena Naliwko była cenioną nauczycielką. Prawie trzydzieści lat uczyła matematyki w technikum przy ul. Skarbka.


Fragmenty wspomnień
Pamiętna lutowa sobota 


„…Skończyło się wszystko z dniem 1 września 1939 r. Dzień 17 września zaskoczył nas i przeraził. Zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich na nasze tereny rozpoczęły się ciche mordy, np. w Szczurzynie, oddalonym od Woronczyna ok. 6 km, zamordowano kilku osadników wojskowych. Jednym z nich był Piotrowski, ojciec sześciorga dzieci. Żyliśmy wówczas w napięciu i ciągłym strachu… Nikt jednak, nawet najbardziej przewidujący, nie spodziewał się tego, co przyniosła tragiczna sobota 10 lutego 1940 r.: około godz. czwartej nad ranem straszne ujadanie psów, walenie w drzwi i okna, głośne krzyki otkrywaj i widczyniaj rozbudziły moją rodzinę i nie wróżyły nic dobrego. Tato wyskoczył z łóżka, otworzył drzwi i przerażony cofnął się w głąb domu, a za nim, z karabinami gotowymi do strzału wkroczyło kilku miejscowych Ukraińców i jeden Rosjanin – przedstawiciel NKWD.
- Ręce do góry – padła komenda. Gdzie masz broń ? – Nie mam broni – odpowiedział tato. Broni mój tato nie miał, ale mu nie uwierzyli. Wówczas postawili rodziców z rękami podniesionymi w górę pod ścianą. Jeden z Ukraińców pilnował rodziców z karabinem wycelowanym w ich kierunku, a pozostali rozbiegli się po całym domu w poszukiwaniu broni, której oczywiście nie znaleźli. W międzyczasie powyłaziły z łóżek wystraszone dziewczynki, moje siostry, które nie mogły zrozumieć, co się właściwie w tym domu dzieje. Po zakończeniu rewizji Rosjanin wyjął z kieszeni jakiś papierek i odczytał „uroczyście” akt zesłania. Rodzinę opanowało przerażenie, tato dostał szoku, mama zaczęła płakać. - Na Sybir nas wywozicie ! – krzyknęła. – Nie, nie na Sybir, tylko do innego obwodu, ale zabierajcie ze sobą wszystko, co macie w domu i ubierajcie się ciepło. Na spakowanie rzeczy macie czterdzieści minut – odpowiedział Rosjanin. Niestety, ani mama, ani tato nie zabierali się do pakowania rzeczy czy ubierania dzieci. Nie mogli, gdyż siły ich opuściły. Byli przerażeni, roztrzęsieni, zagubieni, bezradni… Na domiar złego najstarszej córki – piszącej te wspomnienia – nie było w domu. Mama powiadomiła o tym Rosjanina, który wydawał się trochę przyjemniejszy od innych. Pozwolił posłać po mnie naszego sąsiada. Wezwano w tym celu pana Stefana Blizińskiego, wyjaśniono mu, gdzie ma jechać, po kogo i nakazano pośpiech. Pojechał po mnie naszym zaprzęgiem…
W tym pamiętnym dniu był mróz ok. 20 stopni C, płozy skrzypiały, śnieg skrzył się jak brylanty. Tymczasem pan Bliziński pomknął saniami na Majdan, oddalony od Woronczyna ok. 10 km, gdzie byłam od kilku dni u wujka Bronisława Różańskiego. Konie były dobre i niedługo po wschodzie słońca stanął u celu. Zbudzona przez wujenkę Stanisławę i poinformowana o tym, co się wydarzyło, przeraziłam się okropnie. Strach przed zsyłką, a jeszcze większy przed tym, że nie dogonię rodziny, wycisnął mi łzy z oczu. Przygotowanie do mojej podróży trwało krótko. Pożegnałam wujenkę i pojechałam z sąsiadem do Woronczyna. Za nami swoimi saniami jechał wujek Bronek, który chciał się zorientować w sytuacji i pożegnać z rodziną. Przed południem wjechaliśmy na nasze podwórze. Widok był okropny! Wszystkie drzwi we wszystkich zabudowaniach pootwierane na oścież, niedojone krowy niemiłosiernie ryczały, owce beczały, psy na uwięzi wyły. Wpadłam do sieni, a z niej do kuchni…Wpadłam do pokoju rodziców – kilim znad łóżka zdjęty, firanki z okien ściągnięte, łóżka i szafy ogołocone, krzesła poprzewracane. Pobiegłam do pokoju dziewczęcego – to samo. Wszystko zabrane, a co zostało, to znajdowało się w strasznym nieładzie. Wyszłam na podwórze, a wujek za mną. – No cóż Helu, jedziemy do szkoły – powiedział wujek. Tam miała być zbiórka wszystkich rodzin wysiedlonych z naszej wsi. Popatrzyłam na wujka i poszłam powoli w kierunku sań. Nie płakałam, ale po twarzy ciekły mi łzy. Byłam przybita tym nieszczęściem. Coś się działo w moim sercu, coś tam wyło, krzyczało, pękało… Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce zbiórki. Na drodze przed szkołą i na boisku szkolnym stało kilkadziesiąt sani, a koło nich kręciło się wielu Ukraińców – furmanów i konwojentów z bronią. Wewnątrz budynku, w każdej sali lekcyjnej, stali lub siedzieli w ławkach zatrwożeni sąsiedzi i znajomi. Trzymali się rodzinami. Bez trudu dotarłam do mojej rodziny i zapytałam czy już wiedzą, co z nami poczną. Nikt nic nie wiedział. Każdy miał przy sobie trochę rzeczy, reszta bagażu została na saniach, a to znaczyło, że niedługo odjedziemy.
Po południu wyprowadzono nas ze szkoły i załadowano na sanie jak towar. Wujek Bronek, żegnając się z nami, zdjął z siebie bardzo ciepły nowy płaszcz i ubrał weń moją siostrę Reginkę, gdyż jej palto było najskromniejsze i ona najbardziej była narażona na zimno. Wszyscy razem, pojazd za pojazdem, ruszyliśmy na wschód. Prawie na każdych saniach siedział konwojent z bronią. Ujechaliśmy ok. 10 km. Już zaczęło się ściemniać, gdy zarządzono nocleg we wsi Kijaż. Nocowaliśmy u Ukraińca. Nazajutrz rano gospodyni zrobiła nam herbatę. Wyciągnęliśmy swoje zapasy żywności i zaczęliśmy się posilać…Po śniadaniu każdy „anioł stróż” przypilnował swoją rodzinę, aby zajęła miejsce na swoich saniach i po sformowaniu całej kolumny ruszyliśmy dalej. Mróz był okropny, śniegu dużo, zima – jak na zawołanie. Nasze dziewczęce płaszczyki na watolinie i nasze skromne buciki nie bardzo nas chroniły przed siarczystym mrozem. Całe szczęście, że jechałyśmy w pierzynach. Rodzice jechali na innych saniach i byli ubrani nieco cieplej, gdyż mieli kożuchy. Na dwóch pozostałych saniach jechały nasze bagaże. A mieliśmy ich dużo: trzy worki mąki, dzieża z solonym mięsem, faski (małe beczułki) z soloną słoniną, woreczki z kaszą, dwie skrzynie z odzieżą, tłumoki z bielizną i pościelą, garnki, wiadra i inne rzeczy.
Mieliśmy szczęście, wielkie szczęście, gdyż pozwolono nam zabrać wszystko, co się od ściany dało oderwać. – Zabieraj matko wszystko, co masz. Dopóki jesteś w domu, dopóty wszystko w nim jest twoje, a gdy wyjdziesz za próg, tracisz prawo własności do wszystkiego, co w domu pozostało. Tak w czasie pakowania pouczał mamę Rosjanin. Te słowa i tego sympatycznego człowieka oceniliśmy dopiero później. Zabranie z domu dużej ilości żywności i ubrań to był przypadek, który ułatwił mojej rodzinie przeżyć zsyłkę. Zapas żywności pozwolił nam dojechać bez głodowania na miejsce przeznaczenia i przeżyć pierwsze potworne miesiące zsyłki.
Inaczej było u niektórych naszych sąsiadów, gdzie wysiedlenie przeprowadzali miejscowi Ukraińcy, gdyż nie pozwolili oni brać żywności więcej niż na dwa dni: dwa bochenki chleba, dwa połcie słoniny i trochę mąki lub kaszy. Nie pozwolili im zabrać wszystkiej pościeli i odzieży…Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do stacji kolejowej Perespa leżącej przy linii kolejowej Kowel – Łuck. Na bocznicy stał długi zestaw wagonów towarowych. Nie trudno było się domyślić, że są one przeznaczone dla nas. Sanie podjeżdżały pod drzwi wagonów i bezpośrednio z sań ładowano nas i nasze bagaże do ich wnętrza. Do naszych konwojentów dołączyli inni – krasnoarmiejcy, mówiący ładnie po rosyjsku. Pilnowali nas, by ktoś nie czmychnął pod wagon… Przy wagonach stało kilkadziesiąt zaprzęgów, nie tylko z naszej wioski, i kręciło się kilkaset osób wysiedlonych i niewiele mniej konwojentów. Po załadowaniu nas do wagonu i przejęciu straży przez krasnoarmiejców, Rosjanin, który nas wysiedlał, podszedł do mojej mamy, aby się pożegnać. Mama dobrze mówiła po rosyjsku – wychowała się w zaborze rosyjskim – tato nie znał tego języka i może z tego powodu przy pożegnaniu pominął ojca. Prosił mamę, aby nie miała do niego żalu o to, że nas wysiedlił, gdyż taki jest charakter jego pracy. Dostał rozkaz i musiał go wykonać. I na zakończenie dodał: - Ty wyjeżdżasz z rodziną i żyć będziecie razem, natomiast całą moją rodzinę pewnej nocy wymordowano, a ja szczęśliwym trafem uciekłem wówczas z domu przez okno, wyjechałem do innego obwodu i do dziś jestem sam. Mogło się tak zdarzyć, bo w czasie rewolucji takie przypadki były nagminne, a z ludzkich uczuć coś mu pozostało, gdyż w czasie wywożenia nas z domu okazał nam dużo wyrozumienia…